Nikt nie wie kim jest. Nikt nie wie, jaka siła nakazuje mu przedzierać się przez gąszcz czasu w poprzek Karkonoszy, najpotężniejszych gór między Alpami i Tatrami. Co każe mu zamierać na kamień w gąszczu świerków i spoglądać ludziom w oczy spoza drzew wyświechtanym wiatrem i oćwiczonych mrozem, co każe plątać ścieżki leśnym złodziejom i prostować je kochankom, którzy szukają samotności we dwoje. Co sprawiło, że choć nie potrafi umrzeć, nie chce dłużej przemierzać swojej krainy w skórze młodzieńca o miękkiej skórze i spojrzeniu, które potrafiłoby skruszyć skałę i powstrzymać deszcz?
Rübezahl ma wiele imion. Czesi mówią o nim Krakonoš lub Pan Jan, co jest synonimem diabła. Polacy nazywają Rzepiórem, Karkonoszem lub Liczyrzepą - imieniem, którego nie znosi.
Rübezahl ma wiele imion. Czesi mówią o nim Krakonoš lub Pan Jan, co jest synonimem diabła. Polacy nazywają Rzepiórem, Karkonoszem lub Liczyrzepą - imieniem, którego nie znosi.
Niektórzy powiadają, że był tu od dnia stworzenia, kiedy wymknął się Panu Bogu spod palców niecierpliwie i nieśmiało jak kosmyk włosów. Być może jest tak samo wiekowy jak Śnieżka i jak kamienie na dnie Wielkiego Stawu. Może jest poza dobrem i złem jak woda i ogień? Jak ziemia i wiatr? Jak miłość, której został pozbawiony na wieczność?
Do końca Średniowiecza jedynie niedźwiedzie i jelenie odciskały swoje tropy w górskich oczeretach. Ziemia była nieurodzajna, góry wydawały się nieprzebyte i tak mroczne, że człowiek rzadko się tu zapuszczał. Chyba, że wyjęty spod prawa banita albo mnich szukający chwały pustelnika. Widzieli jak niebo nad Śnieżką w jednej chwili z rozpalonego słońcem zmieniało się w czarną kipiel wypluwającą z siebie grad wielkości kurzych jaj. Tej niezwyczajnej odmienności pogody ludzie nie umieli sobie wyjaśnić inaczej, niż działaniem Diabła. I taki był początek jego legendy. W XV wieku wykształceni Europejczycy nie mieli już wątpliwości co do natury Ducha Gór. Kartograf Martin Helwig w 1516 roku wydał mapę, na której opisał Karkonosze jako "należące do potwora Rübenc zala" - gryfa z rogami jelenia. To wyobrażenie panowało przez następne stulecie. W renesansowej kartografii były to jedne z nielicznych przykładów oznaczania na mapie kontynentu europejskiego miejsc, którymi władają siły groźne i nadprzyrodzone. Potwierdza to Przemysław Wiater, były dyrektor a obecnie kustosz Muzeum w Szklarskiej Porębie, poszukiwacz prawdy o Duchu Gór.
Taką legendę utrwalili Walończycy - średniowieczni awanturnicy, który rozpoczęli eksplorację gór w poszukiwaniu drogich kruszców i złota na zamówienie weneckich jubilerów. Znaleźli złoto. Nikt nie wie gdzie, jako że swoją wiedzę zaszyfrowali. Schodzili ze żlebów z torbami pełnymi skarbów i opowiadali straszliwe historie o Rübezahlu, który okrutnie morduje tych, którzy próbują wziąć z lasu cokolwiek bez jego zgody. Wędrowców miał rozrywać za to, że wzięli kępkę ziół. Walończycy roznieśli po Europie opowieść o Duchu Gór, złośliwym i okrutnym. Stworzyli z niego monstrum, które postawili na straży własnych tajemnic. I Duch Gór ponoć strzeże ich do dziś. Chybotek, skała, jaką umieścił na wejściu do swego skarbca, tkwi tam, wodząc na pokuszenie chciwych i łowców przygód. Olbrzymia skała, ważąca siedem ton, daje się poruszyć palcem jak piłka tylko Karkonoszowi.
W czasach romantyzmu dla Europy złaknionej niesamowitych opowieści Rübezahl był jak woda na młyn. Nadchodziły czasy Frankensteina i Wertera. Dla niemieckiej literatury Duch Gór to jedna z najbardziej inspirujących postaci. Sięgali po nią najwięksi poeci, malarze i muzycy. Do dziś nie wiadomo czy najpierw powstała baśń o Pięknej i Bestii, czy też żeby mogła powstać, Rübezahl musiał pokochać naprawdę.
Według legendy matka nie miała dość cierpliwości, aby pochylać się nad kołyską bez ustanku. A chłopiec łkał i łkał, jakoby chciał wylać z siebie tyle łez, żeby z Wielkiego Stawu pod Śnieżką mogły uczynić ocean. W końcu wrzasnęła na niego ze złością: "Oby nikt nie pokochał cię przez całą wieczność". Zapomniała, że matczyne życzenia spełniają się co joty. Nawet, jeśli są przekleństwami... Wieczność. Jeden ze skarbów, których człowiek pożąda najbardziej. Nie starzejesz się, nie chorujesz no i nie umierasz. Ale żeby być szczęśliwym, musisz nauczyć się niczego nie pragnąć. Matka nie umiała nauczyć Karkonosza nie kochać. Posłała go tam, gdzie samotność musiała boleć najbardziej - tyle co ukłucie chłodu w zmarzniętych palcach - w góry odległe i dzikie. Wieczność to mnóstwo czasu. Można nauczyć się strugać z wiatru wesołe melodie, można odszukać w strumieniach żyły złote i kryształowe, można nabrać olbrzymiej siły, zbudować pod ziemią pałac wielki i jego sale wypełnić złotem i kryształami. Można nauczyć się czytać mowę zwierząt i roślin, poznać ich sekrety - jak otruć, ożywić, przynieść chorobę i uleczyć. Jak zniknąć nagle i niepostrzeżenie się pojawić. Jak zmienić się w ptaka...
Minęły dziesiątki lat. Karkonosz nauczył się wszystkiego, czego potrzeba do panowania w Królestwie Gór. W tym czasie ludzkie siedziby zbliżyły się do jego krainy. Dopóki widywał zbiegów i pustelników, uczył się tylko porywczości i okrucieństwa pierwszych oraz cierpliwości i łaskawości drugich. W zbiorze 135 opowieści o Duchu Gór spisanych w XVI wieku przez Johannesa Praetoriusa, Karkonosz rozrywa na strzępy myśliwych, bo nie pozwala im krzywdzić swoich zwierząt, jest strażnikiem ziół i skarbów. Korzenia mandragory, który przywraca życie, "nie da nikomu, komu nie zechce go dać, jeśli więc nie zechce, a ktoś po korzeń sięgnie, na ziemię padnie natychmiast i stanie się czarny, i skona".
I tak trwałaby jego wieczność przerywana spotkaniami z ludźmi różnej maści, gdyby w ślad za poszukiwaczami skarbów i ziół w góry nie trafiła dziewczyna. Księżniczka Emma, narzeczona Raciborza. Przyszła, kiedy Duch Gór przywykł do myśli, że grozi mu jedynie przekleństwo wieczności. Emma lubiła przychodzić do górskiego strumienia, żeby zażywać kąpieli. Rübezahl ujrzał ją w końcu pośród drzew. Kim jest? - zabiło mu serce. Przemienił się w ptaka, aby przyjrzeć jej się bliżej. Ale z przemianami jest tak, że gdy stajesz się ptakiem, widzisz jak ptak, a on chciał widzieć jak mężczyzna. A kiedy ujrzał Emmę jak mężczyzna, zapragnął jej po ludzku. Zapragnął miłości. Strumień Emmy zmienił się w marmurowy basen otoczony najpiękniejszymi kwiatami świata. Zadrżała z niepokoju, ale przecież nie byłaby kobietą, gdyby nie zechciała sprawdzić, co jest po drugiej stronie lustra. Zrzuciła szaty i zanurzyła się w wodzie lśniącej od namiętności. Pod nią ujrzała pałac Ducha Gór. I jego, jakim jest naprawdę: młodego, niecierpliwego, może porywczego, ale przecież dobrego. Została więc, a on otoczył ją czułością i uwagą. Spełniał pragnienia, jakich nikt inny nie umiałby spełnić. Był, kiedy go wołała, znikał - gdy chciała być sama. Był przystojny, bogaty, oddany. Ale pokochać go nie mogła. A on, cóż nie wiedział, że nie można zatrzymać kobiety. Nawet jeśli potrafisz zmusić niebo, żeby sypnęło śniegiem w środku sierpnia, nawet jeśli możesz w jednej chwili zmienić dzień w noc, a noc w dzień, nie sprawisz, żeby luksus nie przestał jej wystarczać, żeby szczęśliwość codzienna nie zmęczyła jej monotonią. I tak zacznie śnić o innej trawie, innym niebie i o innych oczach. Nie twoich. Emma popadała w coraz większą melancholię, wiec postanowił podarować jej przyjaciół. Stworzył różdżkę z sosnowej gałęzi, taką co pozwala zmienić rzepę w kogo się zapragnie. Od tej pory Emma miała przyjaciół. Ale tylko od świtu do zmierzchu, potem rzepy więdły. Rübezahl każdego poranka dostarczał nowe.
- Chciałabym wyprawić dla nas przyjęcie - powiedziała kiedyś. - Trzeba zaplanować, ilu przyjaciół mogłabym zaprosić. Czy możesz policzyć, ile mamy rzepy?
Zadrżał. Od chwili, gdy powiedziała "dla nas", nie umiał znaleźć spokoju. Patrzył, a nie dostrzegał. Słuchał, a nie rozpoznawał prawdy. Bo tylko miłość potrafi oślepić tak, że nie dostrzegasz zdrady. Liczył rzepy wciąż od nowa, żeby żadnej nie pominąć, mylił się wciąż, ona tymczasem zmieniła jedną w ptaka i posłała Raciborowi. Rycerz przybył do zamku Króla Gór, zabrał dziewczynę i pojechał z nią na północ, aby żyć długo i szczęśliwie w mieście, które razem założyli - w Raciborzu.
Od dnia, w którym w 1782 roku Johann Karl Musäus wydał drukiem tę historię, Król Gór przestał być sobą. Wszyscy wiedzieli, dlaczego przed sześcioma wiekami przylgnęło do niego lekceważące miano Liczyrzepy. Imię, którego nienawidził. I każdemu, kto je wypowiadał samotnie na ścieżkach pod Karkonoszami, urywał głowę bez mrugnięcia okiem. Matczyny testament złamał mu serce...
Minęło stulecie i Duch Gór zakochał się po raz drugi w pięknej Adzie, córce kupca z Mirska. Ada nie kryła, że Liczyrzepa jej się podoba i zgodziła się zamieszkać w jego zamku. Wydawało się, że zły czar matczynego przekleństwa stracił moc.
- Nie opuszczaj mnie - zaklinał - bo nie będziesz mogła powrócić.
- Nie opuszczę - przysięgała.
A on wierzył. I trwało tak przez siedem dni, a potem zatęskniła. - Muszę cię opuścić, tęsknię za moimi rodzicami i przyjaciółmi - załamywała dłonie. - Ale powrócę. Będziesz czekał?
- Nie. - uśmiechnął się. - Wiesz, że nie możesz odejść. Jeśli odejdziesz nie będzie drogi, którą dałoby się powrócić.
Odeszła. Ale w Mirsku nie było już jej rodziców, ani przyjaciół. W pałacu Króla Gór czas płynął o wiele wolniej, niż sądziła. Przecież skazano go na wieczność. Nie siedem dni minęło, ale prawie trzy stulecia. Zapłakała. I zrozumiała, że nie chciała odejść. Ale drogi powrotnej już nie było. Góry zawaliły ją głazami, drzewa pochwyciły w szpony korzeni. Wołała, ale on nie odpowiadał, choć przecież słyszał. Płakała, ale łzy nie potrafią skruszyć skały. Powiadają, że Ada została w leśnej chatce nad Izerą i że można ją spotkać, kiedy siada na omszałych pniach. Jeśli się przysiądziesz, opowie dziewczętom za czym warto tęsknić, a czego nie da się odnaleźć drugi raz. Ale one nie chcą słuchać, jak to dziewczęta. A on? Wiadomo tylko, że nie urywa już ludziom głów i nie broni im znajdować skarbów...
W 1828 roku Moritz von Schwind namalował najsłynniejszy portret Ducha Gór. Do dziś można go oglądać w Schack Galerie w Monachium: mężczyzna o brodzie tak gęstej, że nie sposób określić jego wieku, przedziera się przez bór wsparty o sękatą maczugę, a bór nie broni mu przejścia, a raczej otacza go sobą jak matka. Schwind nigdy w życiu nie widział Karkonoszy, ale to on nauczył Europę, jak wygląda Liczyrzepa, podobnie jak kiedyś Botticelli pokazał, jak powinna wyglądać prawdziwa blondynka. Dzisiaj kramiki i sklepy w górskich miejscowościach po obu stronach granicy pełne są małych, średnich i wielkich Karkonoszów i Liczyrzepów.
Na początku ubiegłego stulecia malarz Hermann von Heindrich i pisarz Bruno Willie osiedlili się w Szklarskiej Porębie, w miejscu skąd rozciąga się najpiękniejszy pejzaż gór. W 1904 roku zbudowali Sagenhale - Dom Baśni. Urządzony w styl starogermańskim, stał się galerią, w której zawisło osiem olbrzymich płócien Heindricha, opowiadających o życiu Króla Gór. Dom stał się siedzibą cyganerii, odwiedzali go najwybitniejsi twórcy modernizmu. W 1945 roku nowa peerelowska inteligencja wydała wojnę Liczyrzepie, mieszczańskiemu i niemieckiemu przeżytkowi. "Głos Ludu" pisał o Domu Baśni: "spalić te bohomazy, spalić tak aby je więcej oko kulturalnego turysty nie zobaczyło". I Dom Baśni spłonął. Ale w pogorzelisku nie znaleziono śladu po obrazach...
Ludzie powiadają, że Liczyrzepa odebrał swój skarb. I ze gdzieś go ukrył. Może pod Chybotkiem. Może w żlebie, nad którym położył olbrzymią płytę granitu i wyrył napis: "Grób Karkonosza". A może w okolicach Jagniątkowa, tam gdzie pozostawił po sobie najważniejszy skarb - swój tron.
______________________________________________________
Dziękuje ślicznie dyrekcji Domu Carla i Gerharta Hauptmannów w Szklarskiej Porębie za pomoc w przygotowaniu tej notatki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz